niedziela, 1 grudnia 2013

~Rozdział Pierwszy~

Uff, już jutro ostatni dzień szkoły! Właśnie zbliżam się do swojego domu w najbogatszej dzielnicy w mieście. Mieszkam w pięknym, drogim domu, z białymi okiennicami i granatowym dachem. Nie byłam jednak ani trochę rozpieszczana. Wręcz przeciwnie- ojciec trwonił kasę, spełniając każdą zachciankę mojej macochy. Ja natomiast musiałam radzić sobie o własnych siłach.
Dotarłam do owego białego budynku. Weszłam do środka, potem na koniec korytarza pierwszego piętra, następnie do swojego, niewielkiego pokoju. Kiedyś miałam większy, lecz przyszywana matka go zajęła. Jednak nie mam powodów do narzekania. Mój teraźniejszy pokój jest niewielki, w pastelowych odcieniach błękitu i fioletu, z białymi, starymi, dziecięcymi meblami. Nie mam pieniędzy na zakup nowego wyposażenia. Z resztą wszystkie pieniądze, jakie miałam były pożyczone od - równie bogatego jak moja rodzina - kolegi ze szkoły. Był nawet całkiem miły, ale urodą nie grzeszył… w każdym razie sprawiał takie wrażenie swoimi wielkimi i grubymi okularami, zakrywającymi pół twarzy. Pożyczyłam od niego łącznie około tysiąca dolarów – na wycieczki klasowe, ubrania, książki i tym podobne.
Usiadłam na niewielkim łóżku i obejmując misia rozmyślałam nad kierunkiem studiów.
-Mam pójść na ASP, czy lepiej jest wybrać coś bardziej praktycznego? Prawo? Co o tym myślisz, misiu?- Wyciągnęłam pluszaka przed siebie. Oczywiście nic nie myślał. –No nieważne, muszę jak najszybciej znaleźć jakąś pracę, by oddać Vann'owi te pieniądze. – Westchnęłam zmartwiona. Już kilkanaście razy próbowałam dostać pracę, jednak przez to, że jestem niezwykle chłodna i oschła dla mężczyzn (a tak się właśnie złożyło, że tam szefami byli tylko mężczyźni) zostawałam odrzucana podanie za podaniem. Cóż się dziwić – przez mój wygląd chłopacy patrzeli na mnie, jak na zdobycz i dosłownie pożerali mnie wzrokiem. W takich chwilach pragnę być brzydka i niekształtna... Nienawidzę tych lubieżnych spojrzeń, więc postanowiłam odpowiadać im wzrokiem mówiącym „spójrz jeszcze raz, a zdechniesz”. Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu.
-Tak, słucham?
-Cześć Melanie, tu Vann. Dzwonię w sprawie…eh no chyba się domyślasz.
-Tak, domyślam się – mój głos brzmiał szorstko i pewnie. –Jednak nie mam ich. Jeszcze.
-Wiesz, że koniec roku jest jutro, a potem na pewno stracimy ze sobą kontakt.
-Jezu, no obiecuję, że Ci wszystko oddam. Użyj mózgu i pomyśl tylko, że nie jest łatwo zarobić takie pieniądze – Wytknęłam mu, po czym się rozłączyłam. No i mój spokojny humor właśnie diabli wzięli.
Minęły dwa dni. Wczoraj na zakończeniu Vann nie spuszczał mnie z oczu (czyt. z okularów). Przez jego szkła nie mogłam tego dostrzec, ale czułam, że tak było.
Postanowione! Jutro rano przyjdę do niego i poproszę o więcej czasu na uzbieranie kwoty. Strach pomyśleć, co by było, gdyby on przez całe wakacje przychodził do mnie codziennie z pytaniem, „co w sprawie tej kwoty?”.
Wstałam o świcie, rozczesałam włosy, przeciągnęłam rzęsy tuszem. Ubrałam perłoworóżową bluzkę z krótkimi, bufiastymi rękawkami, białą spódniczkę sięgającą do kolan. Byłam gotowa, by ruszyć w drogę.
Minęłam kilka domów i znalazłam się przy największej budowli na ulicy – domu swojego znajomego. Wyglądem raczej nie różnił się od innych - ściany miał białe, a dach czterospadowy z granatowymi dachówkami.
Czemu mu aż tak na tym zależy? Przecież jest tak bogaty, że spokojnie mógłby zapomnieć o tym tysiącu.
Znalazłam się przy bramie. Dostrzegłam ciemnowłosego mężczyznę, stojącego po drugiej stronie ogrodzenia. Podszedł do furtki, otworzył ją i zapraszającym gestem wskazał wejście do środka.
Chłopak był dość młody – niewiele starszy ode mnie. Wysoki, dobrze zbudowany, o jasnej cerze i czarnych włosach. Oczy miał koloru zielonego. Jego twarz była zniewalająco przystojna – z łatwością mógłby być sławnym modelem.
-Dziękuję – powiedziałam beznamiętnie, nie uraczając go spojrzeniem. Szedł jakiś metr za mną. Na schodach wyprzedził mnie i sięgnął za klamkę, otwierając wielkie, dębowe drzwi. Weszłam, jakby nie zauważając gestu służącego.
-Panicz już na panią czeka.- Rzekł spokojnym tonem, a następnie zaczął kierować się w stronę drewnianych schodów. – Proszę tędy.
Poszłam za nim na drugie piętro. Weszliśmy do pomieszczenia znajdującego się na samym końcu korytarza.
-Paniczu, masz gościa – Powiedział wyniośle. Wzrok miał skierowany w stronę brązowowłosego chłopaka.
-Dziękuję, Alois, możesz zostawić nas samych.
Alois, ciekawe imię. Nie ukrywam, że jego osoba mnie zaintrygowała. Czemu nigdy o nim nie słyszałam? Spojrzałam na niego, napotykając na swojej drodze parę pięknych, mocno zielonych oczu, świdrujących mnie wzrokiem. Miał w swoim spojrzeniu pewien rodzaj wyniosłości, zmieszanej z wyższością. Niezbyt rozumiałam znaczenie tego spojrzenia. Opuścił pomieszczenie.
Siedział na białym, skórzanym, obrotowym fotelu. Był odwrócony w moją stronę.
-Co cię tu sprowadza? – Zaczął z wyraźną władczością w głosie.
-Dobrze wiesz. Wiesz też, że nie mam tych pieniędzy.
-Tak, domyślam się. Tylko, że czas Ci się powoli kończy. Chyba nie chcesz, żeby twój ojciec się o tym dowiedział. Przecież zdajesz sobie sprawę z relacji naszych rodziców.
Owszem, dobrze o tym wiedziałam. Nasi ojcowie nienawidzili się i rywalizowali we wszystkim, co było możliwe – ilości podwładnych, samochodów, basenów, służących, majestatyczności krzewów ogrodowych, liczbie dołków na polach golfowych, miejscach odwiedzonych podczas wakacji, oraz ocenach w nauce ich dzieci. Tej ostatniej rzeczy najbardziej nie lubiłam, ponieważ Vann zawsze był ode mnie lepszy. Chociaż bardzo się starałam, nigdy nie dostałam lepszej oceny.
-Niestety nie dam rady. Staram się je jakoś zdobyć, ale mi nie wychodzi – stwierdziłam z żalem w głosie, jednak jej wzrok nadal pozostał pewny i zdecydowany. Czułam swoją bezsilność, lecz nie chciałam tego pokazywać.
–Wiesz, że nie będę czekał wiecznie… ale są też inne sposoby na spłatę długu… jeśli wiesz, o czym mówię. 



/C: "Ilości basenów no nieźle:
- O patrz, mam 6 basenów. 
-Haha, luzerze ja mam 10 i co, łyso ci?"/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz